Gdy wieje wiatr historii, ludziom jak pięknym ptakom rosną skrzydła, natomiast trzęsą się portki pętakom - Konstanty I. Gałczyński
niedziela, 13 stycznia 2008
Bywajcie

Mam dość sieci. Wpadłem w nią, ale postanowiłem się wyplątać. Znikam. Bywajcie. Dużo zdrowia życzę. Wszystkim bez wyjątku. Gonzo-demonowi też.

środa, 09 stycznia 2008
Schengen

Czy przystąpienie Polski do strefy Schengen oznacza, że możemy przekraczać granicę bez żadnej kontroli w dowolnym miejscu, czy tylko na przejściach granicznych? Czy spacerując po Tatrach możemy przejść na słowacką stronę szlakiem turystycznym i tam napić się piwa? Czy zbierając grzyby w Sudetach możemy zapuścić się do lasu na czeskie borowiki? Czy łowiąc ryby nad Zalewem Szczecińskim wolno nam przejść na jego niemiecki brzeg i tam porzucać spiningiem?

sobota, 05 stycznia 2008
Niezależny od pola

Czasami mam wrażenie, że niektórzy ludzie nieustannie wyrzucając z siebie tysiące słów podświadomie próbują w ten sposób zakamuflować stan własnej permanentnej, wewnętrznej niepewności. Myślą, że jak coś nazwą, ubiorą w słowa, wtedy oswoją to, przywłaszczą, zdobędą nad tym władzę. Owa niepewność powoduje, że wciąż mówią i oczekują, że ludzie będący obok nich podejmą z nimi tę grę. Kiedy ktoś gry tej nie podejmuje, tracą rezon, wzbiera w nich uczucie niepewności, dopiero co zagłuszonej przez słowotok. By poprawić swoje samopoczucie, kogoś, kto nie jest dobrym rozmówcą, najchętniej uznają za źle wychowanego gbura, który przecież powinien posiadać sztukę konwersacji i dla ich dobrego samopoczucia posługiwać się nią w ich towarzystwie.

Co ciekawe, znalazłem się ostatnio w gronie kilku nieznanych mi dotąd osób, które z kolei znały się z ludźmi, którzy mi ich przedstawili. Muszę w tym miejscu powiedzieć, że orator ze mnie żaden i łatwo oddaję pole innym, bardziej wygadanym osobom. Nie ubolewam specjalnie nad tym. Właściwie to lubię słuchać innych, zwłaszcza gdy mają coś ciekawego do powiedzenia. Rzadko kiedy można usłyszeć coś niebanalnego, bo większość ludzi mówi tylko po to, by nie było kłopotliwego milczenia, nie mając w zasadzie nic ciekawego do powiedzenia, nazywają rzeczy już dawno nazwane, odkrywają kontynenty dawno odkryte, stroją się w szaty noszone kiedyś przez ludzi o wiele większym formacie niż oni sami i wyglądają przez to komicznie. Mimo to gotów byłem posłuchać a może nawet wypowiedzieć jakieś słowo do nieznajomych.

Problem jednak w tym, że nie jestem człowiekiem asertywnym, który bez trudu włączy się w nurt toczącej się właśnie rozmowy, a nawet ją zdominuje. Czułem się jak słoń w składzie porcelany. Znalazłem się w sytuacji kogoś, kto potrzebował pomocy ze strony towarzystwa świetnie się nawzajem znającego i dobrze się ze sobą czującego. W ciągu tych spotkań nikt z przedstawionych mi ludzi nie zainteresował się jednak moją osobą, nikt nie spytał czym się zajmuję, jakie mam zainteresowania, co myślę na jakiś temat. Nikt mi nie pomógł przełamać dystansu, jaki czułem od początku tych spotkań.

U dopiero co poznanych osób zdobyłem zapewne opinię wyjątkowego gbura. Zupełnie słusznie, bo oni przecież doskonale się bawili, tylko ten gość z boku był jakiś dziwny. Milczał, albo niezdarnie próbował włączyć się do rozmowy, aż w końcu zrezygnowany słuchał, bo to robi najlepiej. Przyznaję, nigdy nie byłem miłym gościem, duszą towarzystwa, bawidamkiem. Ktoś nawet stwierdził przed wielu laty, że nie mam potrzeby bycia z innymi, by się dobrze czuć. – On jest samowystarczalny – powiedział o mnie kiedyś kolega. To prawda. Nie potrzebuję przeglądać się w oczach innych ludzi, by mieć lepsze samopoczucie. Nie muszę rozmawiać z ludźmi, by budować w sobie pewność, iż jestem fajny i lubiany. Nie zależy mi na tym. I nigdy nie będzie zależeć.

Jestem niezależny od pola. Tak by to ujął psycholog społeczny. Nigdy nie zrozumieją mnie ludzie od pola zależni, to znaczy tacy, którzy w otoczeniu szukają wciąż akceptacji dla samych siebie. Skazany jestem na samotność.

piątek, 30 listopada 2007
Wolą Niemców

"Nowy Stadion Narodowy zaprojektują nam Niemcy" – czytam na trzeciej stronie "Polski". Decyzję taką podjął minister sportu nowego rządu. A jaką miał podjąć? Miał wybrać pracownię Stefana Kuryłowicza, żeby wkurzyć Herr Tuska?

środa, 28 listopada 2007
Cud

Tak nudno dawno nie było. Systemowi bojownicy o wolność i demokrację z chwilą wygranej PO pochowali miecze i wojenne proporce, najwyraźniej uznając, że w majestacie Kaczora Donalda nie wypada dalej nimi wymachiwać, bo przecież ów majestat to wystarczająca gwarancja, że teraz Polsce nic już nie zagraża, a Polakom z pewnością będzie żyło się dostatniej. Wprawdzie żądza rewanżu na znienawidzonych PiS-iorach wciąż bierze górę nad polityczną elegancją, ale dzisiejszy wybór Zbigniewa Romaszewskiego na wicemarszałka Senatu wskazuje, że żądni krwi zwycięzcy powoli opamiętują się i może w końcu zasłużą na te wszystkie komplementy, jakie od tygodni z zapamiętaniem sypią na ich głowy systemowe media.

O wiele ciekawiej w zwykłym życiu, które toczy się własnym rytmem i na szczęście nie ma żadnego związku z coraz nudniejszą polityką. Na Boże Narodzenie – podobnie jak na Wielkanoc – znów wyjeżdżam, ale tylko w Polskę, by świąteczny czas spędzić z moją femme fatale. To ona tak o sobie myśli, nie ja, więc nie współczujcie mi, bo żadna krzywda Homesterowi się nie dzieje i dziać nie będzie. Po świętach Tatry i tam Sylwester. A potem? Potem mogą się dziać rzeczy wielkie. Może nie na miarę Bożego Narodzenia, ale równie "cudowne". Trzy razy byłem w życiu cudotwórcą. Chcę nim być raz jeszcze. Niech słowo ciałem się stanie i zamieszka między nami.

piątek, 16 listopada 2007
Jaja do kwadratu

Minister finansów w rządzie Tuska płaci podatki za granicą! Czy to nie są jaja? Pan Jacek Rostowski vel Jan Vincenty Rostowski jest obywatelem brytyjskim i nie tylko nie ma NIP-u ale nawet PESEL-u, co chyba oznacza, że obywatelem Polskim - wbrew temu co mówią liderzy PO - nie jest, bo każdy Polak swój ewidencyjny numer ma. Zresztą, rzućcie okiem, co pisze na ten jeden z blogerów na witrynie Do Kwadratu.

środa, 14 listopada 2007
Bicz boży

W jednym z wywiadów Holender Leo Beenhakker, selekcjoner polskiej kadry piłkarskiej stwierdził, że wyprowadził się z Holandii do Belgii, bo jego kraj "zgubił swoją tożsamość". – Zawsze byliśmy otwarci na obcokrajowców, wszystkich do siebie zapraszaliśmy i traktowaliśmy z szacunkiem. Teraz jednak obcokrajowcy stanowią więcej niż połowę mieszkańców Amsterdamu i niestety nie chcą już się z nami asymilować. Uważam, że pozwoliliśmy im na zbyt wiele. W Polsce jestem obcy, ale muszę zaakceptować wasze zwyczaje, kulturę i religię. Jakby mi się nie podobało, to bym się stąd wyniósł. A w Holandii przyjezdni zmienili naszą kulturę na swoją. Ostatnio czytałem wywiad z najlepszym holenderskim tenisistą sprzed lat Richardem Krajickiem, który powiedział, że wyprowadza się z Holandii, bo jakby chciał mieszkać w kraju muzułmańskim, to by wybrał inne miejsce na świecie – wyznał słynny trener.

– Jesteśmy dziwnym narodem, ale zawsze najważniejsza była dla nas wolność. Pierwsi zaakceptowaliśmy małżeństwa par homoseksualnych, aborcja i eutanazja są legalne, i zawsze można było głośno o wszystkim mówić. A teraz mamy zabójstwa. Holandia jest teraz dzika, agresywna. Jest tam tyle zwalczających się grup, że trudno to wszystko zrozumieć. Taka Holandia nie jest moim krajem – dodał Leo i tu zabrakło mi w jego rozumowaniu refleksji, na którą czekałem. To przecież inteligentny człowiek, dlaczego więc nie zauważył związku między pobłażliwością dla obcokrajowców, którzy nie mają szacunku dla miejscowej kultury, a przyzwoleniem Holendrów na homoseksualne śluby, aborcję i eutanazję? Zamiast szczycić się tymi ostatnimi "zdobyczami" powinien uświadomić sobie rzecz dość oczywistą, że ustępowanie pola komukolwiek oznacza wejście na nie agresorów. Jeśli komuś we własnym domu pozwala się na zbyt wiele, to szybko się okaże, że w tym domu nie da się już wytrzymać i dłużej mieszkać.

Beenhakker wspomina o zabójstwach, o fizycznej agresji, sugerując, że to efekt braku tolerancji ze strony tych, którzy w Holandii są gośćmi i - ku jego zaskoczeniu - nie szanują wolnościowych tradycji gospodarzy. Leo mówi tak, jakby nie rozumiał, że dawanie komuś więcej wolności oznacza ograniczanie jej dla siebie samego. On chyba nie zdaje sobie sprawy również z tego, że bezwględna tolerancja oznaczać musi zgodę na najbardziej radykalne opinie i zachowania. To kręcenie bicza na własny tyłek. Być może wkrótce z troską i bólem w głosie będzie narzekał, że większość Holendrów nie może się doczekać wnuków, bo staruszków "usypiają" własne dzieci, a jeśli nawet tego nie zrobią, to okaże się, iż synowie i córki to homoseksualiści, zawierający ze swoimi partnerami śluby i adoptujący kolorowe sieroty, które nie tylko nie będą szanowały tradycyjnych wartości chrześcijańskich, ale pod wpływem braci z muzułmańskich gett okażą także pogardę dla "zdobyczy", o których mówi z taką dumą Beenhakker.

poniedziałek, 29 października 2007
Kasa, Mordo ty moja, kasa

Chyba rację ma minister sportu Elżbieta Jakubiak, gdy mówi, że ludzie Platformy kiedy się budzą, myślą tylko o jednym: co by tu dzisiaj sprzedać? Od kilku dni zastanawiają się jak z zyskiem opylić grunty po Stadionie X-lecia, które warte są ponoć 4 miliardy złotych. W związku z tym kombinują jak przenieść budowę Stadionu Narodowego w inne miejsce, najlepiej poza Warszawę, a teren przy ul. Zlelenieckiej sprzedać developerom.

Pomysł z wyrzuceniem Stadionu Narodowego na dalekie peryferia stolicy to katastrofa. Jeśli nawet zbudują przy nim baseny i kina, to komu będzie się chciało jechać do Wawra albo Łomianek, by z nich korzystać? Powiedzmy to wprost: wybudowanie takiego centrum sportowo-kulturalnego w innym miejscu niż Stadion X-lecia oznaczać będzie, że przez cały rok będzie ono świeciło pustkami. Ale kto w PO by się tym przejmował. Kasa, Mordo ty moja, kasa. Tylko to się liczy.

piątek, 26 października 2007
Obiecanki-podniecanki

No i po wyborach. PiS nie miał szans na wygraną dającą mu większość, dzięki której mógłby rządzić sam. Dobrze więc się stało, że nie wygrał minimalnie, bo i tak z mniejszościowym rządem nie mógłby skutecznie rządzić. A takim zwycięstwem, gdy tak naprawdę władzę wzięliby inni (POLiD+PSL), nie byłoby chyba sensu się chwalić. Powiem więcej, gdyby PiS wygrał i nie umiał zebrać parlamentarnej większości, bardziej by to sfrustrowało wyborców tej partii niż obecna porażka.

Wygrała Platforma i w rządowej koalicji z PSL oraz parlamentarnej z LiD będzie teraz rządzić Polską. Mówię szczerze, mam nadzieję, że nie będzie to czas stracony. Życzę Tuskowi i jego rządowi jak najlepiej. Mam nadzieję, że dzięki nim większości Polaków będzie żyło się lepiej niż dotąd. To co piszę, jest w moim własnym interesie, bo sam chciałbym żyć dostatniej i mieć więcej różnorakich możliwości. W platformiany cud co prawda nie wierzę, ale niech przynajmniej pokażą, że coś potrafią zrobić. Wprawdzie wnosząc po rządach koalicji POLiD w Warszawie wiele spodziewać się nie można, ale poczekam, nie będę się obrażał, że nie moi clienci wygrali.

To dobrze, że PiS oddał władzę. Dobrze dla samego PiS-u i jego polityków. Po dwóch latach rządów pod ciągłym, bezpardonowym ostrzałem opozycji i systemowych mediów, Kaczyński i jego ludzie wyglądali na wyczerpanych. Przyda im się odpoczynek w ławach opozycji. To idealne miejsce, by z powrotem zebrać siły, strzelając od czasu do czasu do Kaczora Donalda, by mu przypomnieć, po co wziął władzę. A także by przypomnieć zwykłym ludziom, kto jest winien, że żadnego cudu nie ma. Na taką sytuację jest pewne powiedzenie: obiecanki-podniecanki, a głupiemu stoi. Niech PiS przypomni wtedy młodym ludziom, dlaczego nie spełniają się ich najskrytsze marzenia.

Sam mam troje dorosłych dzieci, z których dwójka głosowała na PO, więc niech temu Tuskowi uda się spełnić ich pragnienia. Boję się jednak, że on wziął władzę nie po to, by się przejmować losem moich dzieci, tylko sprzedać tanio zaprzyjaźnionym biznesmenom publiczne szpitale.
piątek, 12 października 2007
Mamy was!

"Lekarz domowy byłego prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wysłał list do Sanepidu, w którym stwierdza, że 13 lipca zadzwonił do niego Aleksander Kwaśniewski. Skarżył się na bóle w okolicach jamy brzusznej. Po badaniach nie stwierdzono znamion choroby zakaźnej, która byłaby groźna dla otoczenia" – czytam w Onecie. "Oznacza to, że Sanepid zakończył swoją kontrolę ws. tropikalnej choroby Kwaśniewskiego" – czytam dalej.

Zapomniano dodać, że PRZEDE WSZYSTKIM oznacza to, że prezio KŁAMAŁ, tłumacząc swoją niedyspozycję właśnie wirusową chorobą tropikalną przywiezioną z Filipin. Kolejny już raz Olek Moczymorda przyłapany został na mijaniu się z prawdą. Kolejny już raz "systemowe media" przyłapane zostały na manipulowaniu informacją, bo za manipulację uznać należy niezauważenie, że list lekarza świadczy o kłamstwie prezia. Pętak, nie mąż stanu. Manipulator.pl, a nie Onet.pl.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 58
Haribu.blog.onet.pl Cyberowca.blogspot.com Dokwadratu.blogspot.blox.pl Foxx.salon24.pl Prawy Prosty - galba.net.pl Gdańszczanin.blox.pl Geralt.blox.pl Kataryna.blox.pl Kolorowy.blox.pl Lear.blox.pl Myslozbrodnia.blogspot.com Perlyprzedwieprze.blox.pl Andrzejwegrzyn.wordpress.com Wpisz.blox.pl